Kolejna sytuacja potwierdzająca, że zmusić mojego Męża do jakiejkolwiek aktywności można tylko porządnym kopem (czasem nie tylko w przenośni....)
Od kilku dni brodzę w odmętach obcych mi technologii informatycznych. Wczoraj na ten przykład walczyłam z korespondencją seryjną i żeby dostać na wyjściu to co chciałam ostatecznie potrzebowałam 5 (słownie:pięciu) programów. Czy naprawdę nie da się tego prościej??
Dzisiaj ostatecznie utknęłam na czym innym. Szukam w necie co dalej i nic pomocnego znaleźć nie mogę, problem zupełnie obcy, nikt się z nim nie objawia, nikt rozwiązania nie podaje... Koniec końców trafiam na coś co wydaje się być pomocne, ale żeby to sprawdzić potrzebuję AdWordsów. Teraz, natychmiast, już, bo ja już tak mam, że jak trafiam na problem to muszę go rozwiązać natychmiast nieodwołalnie i ostatecznie, bo inaczej sczeznę, padnę trupem i w ogóle.. taki imperatyw, nie do przeskoczenia, wierzcie, próbowałam wielokrotnie bez skutku.
Dostęp do mojej iskierki nadziei posiada Mąż na swoim koncie, więc wołam rozpaczliwie Adwordsy mi daaaaC!! Teraz!Natychmiast!JUŻ! Żyć bez nich nie mogę, stoją mi na drodze do szczęścia niepojętego na razie i udręk mych końca. Na to Mąż się obrusza, marudzi coś... Nie słucham, opętana wizją rozwiązania tkwiącego gdzieś tam na jego koncie, do którego z niepojętych powodów mi broni dostępu, problemy jakieś stwarza, i ogólnie nieprzychylnością jakąś epatuje. Czasu na to nie mam. Adwordsy daj. Teraz!Natychmiast!JUŻ!!!
W końcu dostępu udzielił. Okazało się to ślepą uliczką.
Znalazłam ostatecznie rozwiązanie trochę na około. Usatysfakcjonowana ale i umęczona okropnie wracam do rzeczywistości powoli.. Mąż sfoszały jakiś.
Co jest? "Bo nakrzyczałaś"
WTF??!! Że co?!!
FAKfakfakfak...
Zepchnąć babcię ze schodów i spytać czemu tak szybko zeszła....
Godzinę później Mąż sam stwierdza, że dopiero jak krzyknęłam to uznał, że potrzebuję chyba jakiejś pomocy... Ale uświadomił to sobie dopiero po tym jak mu przeszła obraza za to, że krzyczę.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz