czwartek, 26 lutego 2015

Postanowione..

Byliśmy dzisiaj z Demonem na wizycie kwalifikacyjnej w CZD. Mamy termin operacji wyznaczony na 17 marca. Szczerze mówiąc spodziewałam się dłuższego oczekiwania. Może to i lepiej, że tak szybko, bo już teraz strach ściska mi gardło, chyba lepiej mieć to szybciej za sobą. Przed drugimi urodzinami Demon będzie miał już naprawione oczka i pewnie nawet nie będziemy już pamiętać o kolejnym pobycie w szpitalu. A do tego czasu jakoś to trzeba przetrwać. Tylko jak, kiedy ilekroć na niego spojrzę to myślę tylko o tym momencie kiedy oddajesz dzieciątko anestezjologowi i wiesz, że zobaczysz go dopiero za dwie godziny, a przez ten czas będzie tam leżeć na stole w rękach tych obcych ludzi, od których tak wiele zależy - jego zdrowie i życie. Mój dzielny mały chłopczyk.

środa, 25 lutego 2015

Tyle w temacie sprzątania...


Tylko dwie rzeczy są nieskończone: wszechświat oraz ludzka głupota, choć nie jestem pewien co do tej pierwszej...

Demon znowu chory. Zaczęło się wczoraj od niewinnych kasełków i prychań a w nocy mieliśmy już gorączkę, ból gardła i płacze. Znowu jakiś debil przyprowadził chore dziecko na salę zabaw, bo tylko tam Demon mógł podłapać, bo nigdzie indziej w ostatnim tygodniu nie był. Tym bardziej, że chory jest też Mąż, który na tej sali zabaw był. Ja o dziwo zdrowa, choć to ja zwykle jestem najsłabszym ogniwem z moim strajkującym układem odpornościowym i to zwykle ode mnie się wszelkie infekcje rozłażą. Tym razem pewnie na mnie się skończy, bo, że mnie ominie to ja nie wierzę, nie ma szans.
Najgorsze w tym wszystkim jest to, że pozarażało się mnóstwo dzieci i teraz w promieniu kilku kilometrów nie ma miejsc u żadnego pediatry w żadnej przychodni, nawet prywatnie.
Dlaczego ludzie prowadzą chore dzieci do innych dzieci?! Kretynizm ludzki nie zna granic. Przestańmy szczepić, bo to niezdrowe, niech nabierają odporności naturalnie, niech się zarażają od siebie, lepiej przechorować. Kij wam wszystkim w oko bo w dupę by wam było za dobrze!
Mąż po godzinie dzwonienia znalazł wreszcie jakąś pediatrę, która Demona przyjmie. Ale od tej pory, ze względu na czekające go operacje mały będzie miał areszt domowy.

środa, 18 lutego 2015

Taka niespodzianka

Wsiadam sobie do kitki, odpalam silnik...
Jakież było moje zdziwienie gdy Antyradio zapodało modern talking. Patrzę na wyświetlacz, niby jest 94.0. Ki diabeł?! Kto mi popsuł radio!?
Sprawdzam.. jest... na 106,8 FM :D

Ruch na świeżym powietrzu - czyli mycie podłóg przy otwartym oknie...

Trening odpracowany. Był czas, że trenowałam nawet 10 h w tygodniu i wydawało mi się to wtedy dużo... Efekty też były - zdarzyło mi się nawet wygrać w zawodach.
Teraz codzienny workout zajmuje mi jakieś 4 h, bo na więcej sił nie starcza a efekty znikają po 5 minutach, jak tylko Demon wymyśli sobie nową zabawę...
No ale cóż, nie ważne ile ciosów zadasz, ważne po ilu się podniesiesz :)

wtorek, 17 lutego 2015

Trudne pytania

Zawszę się gdzieś spieszę. Nie ważne, czy mam jakieś umówione spotkanie, gdzieś muszę być na konkretną godzinę, czy wychodzę na spacer z psem.. Jakoś zawsze mam poczucie presji, że się gdzieś spóźniam, kiedy mam wyjść z domu i tyle. Kończy się to zwykle tym, że jak już docieram na miejsce, mam poczucie nieuchronnej klęski. Kiedy jadę komunikacją miejską z tego pośpiechu potrafię przejechać przystanek, albo wsiąść nie w ten autobus. A kiedy jadę samochodem... Parkowanie to temat na osobne rozważania.
A kiedy mam już wracać... to uczucie, które pojawia się kiedy wychodzę z budynku. To zderzenie z rzeczywistością, kiedy dociera do mnie, że znowu..
I to egzystencjalne pytanie, gdzie do cholery zostawiłam samochód!!

niedziela, 15 lutego 2015

Jest mi dzisiaj ble

Młody postanowił sobie uciąć przedobiednią drzemkę. Chwila czasu dla siebie, która niestety odbije mi się czkawką wieczorem, bo zamiast paść po 21 Demon nie będzie śpiący przed 22, a potem będą kołysanki-lulanki przez godzinę...
Zdecydowanie wolę, kiedy już nie idzie spać w ciągu dnia. Ale czasem zdarza mu się zasnąć i koniec.
Korzystam więc z tego pożyczonego czasu. Manicure robiony na szybko jak zwykle wyszedł fatalnie. Nie wiem po co w ogóle próbuje doprowadzić się do stanu używalności, skoro doświadczenie uczy, że te wysiłki i tak zawsze idą na marne...
Jest mi dzisiaj ble.

środa, 11 lutego 2015

Jak łatwo zostać świnią..

Mój dzień był dzisiaj obfity w zdarzenia, niestety nie wszystkie były miłe.
Między innymi musiałam zatankować samochód. I tutaj pojawiają się dość kontrdykteryjne uczucia...
Otóż cena paliwa jest najniższa , od kiedy mam prawo jazdy, co było bardzo miłe.
Niestety potem już tak miło być przestało. Zatrzymałam się przy dystrybutorze od strony wejścia, przede mną stanęła jeszcze duża ciężarówka, do tego na skos. Zanim zdążyłam odjechać na to wszystko dojechał jeszcze jeden samochód i stanął przed samym wejściem, o milimetry mijając się tylko z kopertą wyrysowaną na ziemi. Oczywiście zblokował mnie skutecznie, bo między nim a ciężarówką może by się zmieścił maluch, ale nie moja kitka - a już na pewno nie ze mną za kółkiem, bo nawet kiedy jadę "na surykatkę" to za cholerę nie widzę gdzie mi się kończy przód o tyle już nie wspominając.
Osobnik, co wysiadł z audi, co mnie zastawiło jak by nigdy nic pogrzebał w bankomacie - no nic, przeczekałam, bo z tyłu i tak nadjechał następny klient i tankował - więc wycofać też nie było jak. Skończył gmerać przy ścianie płaczu, rzucił głupi uśmieszek, wyjął komórkę i zaczął sobie dzwonić, stojąc dalej przy samochodzie. Tu powoli zaczął mnie trafiać szlag. Po całym dniu na mieście, z dzieckiem wcinającym kuraka z mcdonaldsa na tylnym siedzeniu zamiast porządnego obiadu.. chciałam już do domu. Mąż odkręcił szybę i jeszcze w kulturalny sposób zapytał czy mógłby odsunąć nieco samochód bo nas zastawił. Na co ta kreatura, że on nie stoi na kopercie i on nie złamał żadnego przepisu.
Co jest z tymi ludźmi nie tak!? Może i przepisu nie złamał, ale zwykła ludzka życzliwość to coś co przytrafia się innym, tak?!  
Zatrąbiłam jeszcze, naiwnie licząc na to, ze może chociaż obsługa stacji zareaguje, bo w sumie to chyba tak nie powinno być, że na stacji, gdzie jest niebezpieczna substancja nie powinno się blokować wyjazdu... ale gdzie tam, wszyscy mieli to w dupie. Gość z uśmieszkiem na gębie, poszedł sobie do środka na zakupy.
Ileż bym dała, żeby zobaczyć jego minę gdy już wrócił do swojego sraudi i na przedniej szybie ujrzał wypisaną szminką, dość ubogą w treści a dosadną w przekazie moją opinię na swój temat.


poniedziałek, 9 lutego 2015

Co siedzi w tej chorej głowie

Po raz kolejny potwierdziło się to, co już od dawna powtarzałam. Nie ma sensu zastanawiać się, co jeszcze  moja teściowa może nam zrobić, bo ona i tak wymyśli coś gorszego...
Co jest takiego trudnego do zrozumienia w zdaniu "zostaw nas w spokoju, nie zbliżaj się do nas"?! Ktoś powiedział Mężowi, że po tym jak czepiła się nas na spacerze, i po naszej reakcji na to, nie będzie więcej próbować. Ha! Mógł tak powiedzieć tylko ktoś, kto tylko o niej słyszał, a nigdy nie miał z nią do czynienia osobiście.
Zamiast odpuścić, ona znalazła kolejne dojście do nas - FB. Nie nasze profile oczywiście, bo to już dawno jest poustawiane tak, by tylko znajomi mogli podejrzeć nasze treści. Ale miałam sobie swoją stronkę. Stronkę o moim psiaku. Oczywiście tylko kilka polubień najbliższych znajomych, bo kogo obchodzą zdjęcia mojego psa. Założyłam ja właśnie dla siebie, żeby nie zasypywać profilu zdjęciami, które nikogo nie obchodzą, a jednocześnie, żeby mieć je pod ręką, bo psiak schorowany, nie wiadomo ile jeszcze pożyje. To było coś co mi pomagało kiedy było z nim gorzej - wszystkie miłe wspomnienia w jednym miejscu, żeby pamiętać, że kiedy jest mu lepiej ma szczęśliwe życie.
No i ta harpia znalazła tą stronkę. Polubiła, a jakże. Co byłoby głupotą z jej strony, jeśli rzeczywiście chciała oglądać zamieszczone tam zdjęcia. Ale to nie o to jej przecież chodziło. Polubiła, żeby pokazać, że i tak nas znajdzie, że nie odpuściła.
Stronkę skasowałam. Zrobię sobie album offline. 
Kolejna rzecz, którą mi zniszczyła.

niedziela, 8 lutego 2015

Po co chodzić do lekarza?


Po co chodzić do lekarza?
Leki na wszystko można dostać bez recepty.
Nawet te dla takich maluszków jak mój Demon. A wizyta z dzieckiem w przychodni to zwykle tylko złapanie kolejnej choroby. Ostatni przykład to wizyta u lekarza z kaszelkiem - powrót z różyczką (a na kaszel dostaliśmy pulneo, które i tak można dostać bez recepty).
Lekarze nie leczą. Oni tylko obsługują kolejnych klientów.
Co mam na myśli? A to, że nawet malutkiego dziecka, które samo nie powie co mu dolega lekarz nie ogląda dokładnie tylko sprawdza to co rodzice ewentualnie zgłaszają. I w ten oto sposób w zeszłym roku przez 3 miesiące chodziliśmy z maleńkim, niespełna rocznym dzieckiem po lekarzach, bo ciągle gorączka, bo nie chce jeść - diagnoza raz, że ząbki, raz, że katarek, innym razem gardełko. A po tych 3 miesiącach w końcu ja sama dopatrzyłam się torbieli pod językiem. W międzyczasie widziało go kilku pediatrów, którzy do buźki zaglądali i 2 laryngologów. I żaden nie widział. Bo żaden nie sprawdził, nie szukał. A przecież nawet głupia pleśniawka mogła się schować pod językiem i powodować te same objawy. Ale przecież ja nie zgłaszałam, że coś pod językiem jest, więc nikt nie zaglądał.
W tym roku podobna sytuacja - próchnica na ząbku, lekarka, która zaglądała mu do buzi nawet nie spojrzała na ząbki. Bo to się sprawdza przecież podczas bilansu dwulatka, a do tego jeszcze 3 miesiące...
Jak w takich warunkach jako matka mam nie zwariować? Kiedy z doświadczenia wynika, że żadnemu lekarzowi nie można zaufać i jeśli sama nie znajdę, nie doszukam się informacji, nie nauczę się to moje dziecko będzie cierpieć? Przecież to lekarz powinien zadbać o to, żeby wszystko sprawdzić, bo rodzice coś przecież mogli przeoczyć. Ale nie. Po co. Niech się inni martwią.


piątek, 6 lutego 2015

Podróże kształcą


Miałam okazję skorzystać dzisiaj z metra, a przy tej okazji z ruchomych schodów. Dzięki uprzejmości napotkanej pani, która korzystała z tych samych ruchomych schodów, tyle, że o jeden schodek wyżej dowiedziałam się, że "dobrze jest zostawiać jeden schodek odstępu, wtedy nie musimy się dotykać". Tę, jakże odkrywczą myśl przekazała mi z wyrazem twarzy godnym guwernantki strofującej niesforne paniątka, a potem jeszcze dla podkreślenia wagi swych słów, pokiwała kilkakrotnie głową.  Z racji tego, że zostałam jaśnie oświecona, poczułam potrzebę przekazania tej wiedzy dalej. Chytra nie jestem, dobrem należy się dzielić. Czujcie się uświadomieni.
Tyle, że tłok był, bo wszyscy co z metra wyleźli, pchali się jak zwykle na schody. O "zostawieniu schodka" mowy być nie mogło, bo ci, którzy szli z tyłu skutecznie upychali tych z przodu - wiadomo...
Ech... dlaczego ludzie nie potrafią pilnować własnych spraw? Myślałam, że w dużym mieście mniej jest takich oszołomów, że to raczej przypadłość małych miasteczek, z rodzaju takich z jakiego pochodzę, gdzie wszyscy znają każdego, ale jednak nie. To chyba kwestia statystyki. Tu jest ich po prostu więcej i pewnie szanse ich spotkania też są większe? 
Mi się ostatnio niestety limit cierpliwości dla świrów wyczerpał, i nie pozostawiłam tej miłej pani bez odpowiedzi. Poradziłam jej, żeby na drugi raz szła zwykłymi schodami.

czwartek, 5 lutego 2015

Niektórzy ludzie po prostu nie potrafią odpuścić...

Nie ma przepisu, że każdy musi mnie lubić. 
Jestem jaka jestem i szczerze mówiąc sama ze sobą czasem nie mogę wytrzymać, ale nigdy nikomu się nie narzucałam i każdy mógł zawsze zrezygnować z mojego towarzystwa.
I wielu ludzi z tej możliwości chętnie korzystało, z obopólną korzyścią...
Oprócz mojej teściowej..
Nigdy nie spotkałam osoby tak zapatrzonej w siebie jak ona, a jednocześnie tak żałosnej i sfrustrowanej.
Ostatnie kilka lat mojego życia to była ciągła walka o resztkę godności jaka mi została. o tę odrobinę prawa do decydowania o sobie, które się każdemu człowiekowi przynależy. Była to walka nie do wygrania, bo wróg - czytaj teściowa - miała broń ostateczną w swym arsenale - focha. O ile na mnie ten foch nie działał zupełnie, wręcz, ku jej przerażeniu (chwilowemu niestety) był mi zupełnie na rękę - "skoro się mamusia obraża, to proszę uprzejmie, ja tu więcej nie muszę przychodzić..." - o tyle na tresowanego przez lata Męża działał piorunująco. Działał lepiej niż te traktaty co Rosja podpisała z Ukrainą po jej rozbrojeniu, bo w przeciwieństwie do tych traktatów, już sama potencjalna możliwość wystąpienia focha w przyszłości sprawiała, że Mąż zaniechiwał wszelkich działań mogących ten foch wywołać. Kiedy foch już, o zgrozo, się pojawił Mąż głupiał zupełnie, przechodził w tryb skamlającego szczeniaczka i już cały świat ze swych torów gotów był zawracać, żeby tylko mamusi ulżyć w jej niewymownym cierpieniu... Bo ona przecież zawsze niewymownie cierpiała... tzn cierpiała zawsze strasznie i nie wiadomo z jakiego powodu, bo mówić nie chciała. Ale okazywała. No bo przecież co by to była za sprawiedliwość, jak ona taka cierpiąca a inni szczęśliwi. To się przecież nie godzi.
Terroryzowanie męża w końcu się jednak skończyło. Teściowej niestety brak jest wyczucia. Otóż strunę można napinać tylko do pewnego momentu, potem pęknie. Tak też się stało i w tym wypadku, a kroplą, która przeważyła szalę były wydarzenia, które lawiną posypały się po tym jak urodził się nam syn - Demon.
Stało się tak trochę dlatego, ze w naszym (czyli Męża i moim) świecie pojawił się ktoś ważniejszy (o zgrozo, jak to możliwe?!) od mamusi, a trochę dlatego, że ja jako zmęczona matka małego szkraba, nie miałam już cierpliwości do Męża i do jego wiecznego wicia się w okopach tej bezsensownej wojny podjazdowej.
Sprawa mamusi nabrzmiewała, mamusia odwaliła parę głupich posunięć taktycznych i strategicznych, jedno kłamstwo za dużo, jedno słowo nie wtedy kiedy trzeba, o jeden foch za daleko...
I tak oto 1 czerwca 2014 roku mamusia po raz ostatni wyszła przez drzwi naszego mieszkania by więcej przez nie nie przejść. Mąż trafił na odpowiednich ludzi, usłyszał odpowiednie rzeczy i powoli uwolnił się od wpływu indoktrynacji.
Żeby było jasne, mamusia nie odpuszczała tak łatwo. Po pewnym czasie zaczęły się telefony, ale nie takie żeby rzeczywiście się dodzwonić i spróbować dogadać. To nie w jej stylu. Nasyłanie innych, zupełnie obcych osób z żądaniami wyjaśnień, co nam odwaliło, że my tak biedną mamusię... cioć, które przecież pewnie nie dożyją zobaczenia naszego, nieochrzczonego (co woła o pomstę do nieba) syna, jak my tak możemy, itd...
Zmieniliśmy numery telefonów. Nawet Demon czynnie wziął udział w akcji Katharsis i wetknął gdzieś słuchawkę od aparatu stacjonarnego (nie znalazłam jej do dziś) i utopił w kaszce mojego soniaka (po tym jak wrócił z naprawy gwarancyjnej przeczytałam krótką notkę z serwisu: "zaleca się trzymanie telefonu w czystym miejscu").
Kiedy już wydawało się, że niczym nas nie zaskoczy... tadam... wyszliśmy na spacer z Mężem, Demonem i Mortem (naszym psem) i oto ona ze wsparciem w postaci marionetki teścia. Okazało się, że czatowali już na nas wcześniej, tylko nie udało się im na nas trafić. Ona ma prawo się widzieć z wnukiem, bo to jest jej wnuk. Ona o sądowy nakaz wystąpi o prawo do widzenia wnuka! Bo ona takie prawo MA!
Brak mi doświadczenia w pisaniu blogów, więc nie wiem czy jest taki środek wyrazu, który zastąpił by te wszystkie nieakceptowalne społecznie słowa, które cisną mi się na wspomnienie tej sytuacji na usta i uparcie chcą być wyklikane na klawiaturze... w komiksie byłoby to zapewne !!#&%!.
Znosiłam, mniej lub bardziej cierpliwie lata upokorzeń, manipulacji, oszustw i innych podłości z jej strony (o których może kiedyś tu napiszę więcej), ale tutaj przegięła, szantaż względem Mojego Syna to był jej ostatni błąd.
To jakby nagle, w mgnieniu oka zmieniło optykę w jakiej postrzegałam całą sytuację. W jednym momencie przestałam być ofiarą nawiedzonej teściowej a stałam się matką broniącą swojego dziecka przed agresywną wariatką.
Prędzej piekło zamarzanie, niż ta kobieta będzie miała okazję porozmawiać z moim synem.