Pisząc o lekarce, która bała się, że będzie na nią nie chodziło mi o to, że lekarz się przyzna do winy, raczej o to, że lekarze powinni poważniej traktować temat szczepień i naprawdę sprawdzać czy dane dziecko można zaszczepić. Nie tylko spytać czy nie ma gorączki, ale obserwować dziecko na każdej wizycie. Wtedy te sygnały, które dyskwalifikują do szczepienia mogą zostać zauważone. Na przykład Demon miał problem z oczkami, ale żaden lekarz przez 3 miesiące nie zainteresował się, że dziecko zezuje. Sami lataliśmy z nim po neurologach i okulistach. Tak samo było kiedy miał torbiel pod językiem - prawie 4 miesiące, 3 laryngologów i żaden nie znalazł - znalazłam ja. Podsumowując - pisząc ten post miałam na myśli, że jakby lekarze naprawdę badali dzieci, to pewnie większości NOP dało by się uniknąć.
Więc może cała energia, którą przeciwnicy szczepień wkładają w walkę ze szczepionkami jako złem wszelakim, powinni włożyć w to, aby się czepiać lekarzy, a nie kierować swoją kampanię ku rodzicom? To lekarze ignorują NOP, tak jak ignorują wiele innych objawów i ogólnie mam wrażenie, że zamiast starać się postawić diagnozę i wyleczyć pacjenta to przepisują paracetamol i mają wszystko gdzieś. Ja mam za złe ruchom antyszczepionkowym to, że sieją panikę, grają na emocjach rodziców. Lekarze mają gdzieś NOP, ale oni przesadzają w drugą stronę - czasem mam wrażenie, że zaszczepienie dziecka to gorsze niż zbrodnie hitlerowskie. A co powiedzą przeciwnicy szczepień tym rodzicom, których dzieci będą mieć powikłania po odrze? Sorry, taki mamy klimat?
Tu pojawiło się pytanie: "skoro zaszczepiłaś dziecko, a lekarze i producent szczepionki mówi Ci, ze ona ma dać Twojemu dziecku odporność - to czemu w ogóle się boisz? A... no dlatego ze ta szczepionka wcale nie gwarantuje ze Twoje dziecko nie zachoruje. Wobec tego - czemu je zaszczepiłaś w ogóle?" A no dlatego, że po pierwsze primo liczę na to, że będę w tych 95%, którym się jednak uda uzyskać odporność, a jeśli nie to chociaż przebieg choroby będzie lżejszy i uniknę powikłań. Oraz po to, że jak będę mieć drugie dziecko, żeby to starsze nie przywlekło do domu z przedszkola czegoś, z czym niemowlak sobie nie poradzi.
I tu dochodzimy do sedna dyskusji Po pracy w synapsis nie szłam odważnie na żadne szczepienie. Przed szczepieniami szłam do neurologa, żeby chociaż sprawdzić to co da się sprawdzić, czy aby wszystko wygląda ok. Tylko to samo "mając świadomość, że czasu już nie cofniesz" mogłabym powiedzieć w sytuacji, kiedy młody by zachorował i miał powikłania po odrze np. Tak jak napisałam na początku, znając nieudolność lekarzy zaczynam się zastanawiać czy aby na pewno dobrze zakwalifikowała to co miał w styczniu jako różyczkę, czy aby się nie pomyliła i to nie była odra? A jak tak to czy będą powikłania? W kampanii antyszczepionkowej nie zgadzam się tylko z jednym - tą jednostronnością - że szczepionki są absolutnie złe i nie należy szczepić żadnego dziecka, a jeśli to robisz to jesteś wyrodną matką skazującą swoje dziecko na wieczne potępienie. Natomiast nieszczepienie jest panaceum na wszystko. Taką samą jednostronnością, jaką prezentują pediatrzy (większość przynajmniej), że szczepić można na 10 rzeczy na raz i nie ma żadnego znaczenia, że dziecko ma akurat katarek - jak nie ma 40 st gorączki to szczepimy. Oba podejścia są w mojej ocenie złe. I dlatego uważam, że ruchy antyszepionkowe też powinny wziąć odpowiedzialność za to co głoszą a przez to rozumiem mniej straszenia rodziców a więcej nacisku na lekarzy.
W odpowiedzi czytam, że " A ja się nie zgodzę - nie mogą brać odpowiedzialności bo nie zabraniają szczepić. A Państwo jako takie nakazuje - i to jest zasadnicza różnica."
Może i nie zabraniają bo nie mają ku temu narzędzi, ale manipulują danymi i (o co mam największe pretensje) straszą i piętnują rodziców, którzy szczepią jako idiotów, którzy z głupoty i nieświadomości robią krzywdę własnym dzieciom. Po prostu mam wrażenie, ze ten ruch był potrzebny, ale główny nacisk sprzeciwu powinien był być skierowany do lekarzy. Zamiast tego stał się "modą". Tak jak dieta bezglutenowa, czy żywność "organiczna". A osoby, które nie zaszczepiły są lepsiejszymi rodzicami.