czwartek, 5 lutego 2015

Niektórzy ludzie po prostu nie potrafią odpuścić...

Nie ma przepisu, że każdy musi mnie lubić. 
Jestem jaka jestem i szczerze mówiąc sama ze sobą czasem nie mogę wytrzymać, ale nigdy nikomu się nie narzucałam i każdy mógł zawsze zrezygnować z mojego towarzystwa.
I wielu ludzi z tej możliwości chętnie korzystało, z obopólną korzyścią...
Oprócz mojej teściowej..
Nigdy nie spotkałam osoby tak zapatrzonej w siebie jak ona, a jednocześnie tak żałosnej i sfrustrowanej.
Ostatnie kilka lat mojego życia to była ciągła walka o resztkę godności jaka mi została. o tę odrobinę prawa do decydowania o sobie, które się każdemu człowiekowi przynależy. Była to walka nie do wygrania, bo wróg - czytaj teściowa - miała broń ostateczną w swym arsenale - focha. O ile na mnie ten foch nie działał zupełnie, wręcz, ku jej przerażeniu (chwilowemu niestety) był mi zupełnie na rękę - "skoro się mamusia obraża, to proszę uprzejmie, ja tu więcej nie muszę przychodzić..." - o tyle na tresowanego przez lata Męża działał piorunująco. Działał lepiej niż te traktaty co Rosja podpisała z Ukrainą po jej rozbrojeniu, bo w przeciwieństwie do tych traktatów, już sama potencjalna możliwość wystąpienia focha w przyszłości sprawiała, że Mąż zaniechiwał wszelkich działań mogących ten foch wywołać. Kiedy foch już, o zgrozo, się pojawił Mąż głupiał zupełnie, przechodził w tryb skamlającego szczeniaczka i już cały świat ze swych torów gotów był zawracać, żeby tylko mamusi ulżyć w jej niewymownym cierpieniu... Bo ona przecież zawsze niewymownie cierpiała... tzn cierpiała zawsze strasznie i nie wiadomo z jakiego powodu, bo mówić nie chciała. Ale okazywała. No bo przecież co by to była za sprawiedliwość, jak ona taka cierpiąca a inni szczęśliwi. To się przecież nie godzi.
Terroryzowanie męża w końcu się jednak skończyło. Teściowej niestety brak jest wyczucia. Otóż strunę można napinać tylko do pewnego momentu, potem pęknie. Tak też się stało i w tym wypadku, a kroplą, która przeważyła szalę były wydarzenia, które lawiną posypały się po tym jak urodził się nam syn - Demon.
Stało się tak trochę dlatego, ze w naszym (czyli Męża i moim) świecie pojawił się ktoś ważniejszy (o zgrozo, jak to możliwe?!) od mamusi, a trochę dlatego, że ja jako zmęczona matka małego szkraba, nie miałam już cierpliwości do Męża i do jego wiecznego wicia się w okopach tej bezsensownej wojny podjazdowej.
Sprawa mamusi nabrzmiewała, mamusia odwaliła parę głupich posunięć taktycznych i strategicznych, jedno kłamstwo za dużo, jedno słowo nie wtedy kiedy trzeba, o jeden foch za daleko...
I tak oto 1 czerwca 2014 roku mamusia po raz ostatni wyszła przez drzwi naszego mieszkania by więcej przez nie nie przejść. Mąż trafił na odpowiednich ludzi, usłyszał odpowiednie rzeczy i powoli uwolnił się od wpływu indoktrynacji.
Żeby było jasne, mamusia nie odpuszczała tak łatwo. Po pewnym czasie zaczęły się telefony, ale nie takie żeby rzeczywiście się dodzwonić i spróbować dogadać. To nie w jej stylu. Nasyłanie innych, zupełnie obcych osób z żądaniami wyjaśnień, co nam odwaliło, że my tak biedną mamusię... cioć, które przecież pewnie nie dożyją zobaczenia naszego, nieochrzczonego (co woła o pomstę do nieba) syna, jak my tak możemy, itd...
Zmieniliśmy numery telefonów. Nawet Demon czynnie wziął udział w akcji Katharsis i wetknął gdzieś słuchawkę od aparatu stacjonarnego (nie znalazłam jej do dziś) i utopił w kaszce mojego soniaka (po tym jak wrócił z naprawy gwarancyjnej przeczytałam krótką notkę z serwisu: "zaleca się trzymanie telefonu w czystym miejscu").
Kiedy już wydawało się, że niczym nas nie zaskoczy... tadam... wyszliśmy na spacer z Mężem, Demonem i Mortem (naszym psem) i oto ona ze wsparciem w postaci marionetki teścia. Okazało się, że czatowali już na nas wcześniej, tylko nie udało się im na nas trafić. Ona ma prawo się widzieć z wnukiem, bo to jest jej wnuk. Ona o sądowy nakaz wystąpi o prawo do widzenia wnuka! Bo ona takie prawo MA!
Brak mi doświadczenia w pisaniu blogów, więc nie wiem czy jest taki środek wyrazu, który zastąpił by te wszystkie nieakceptowalne społecznie słowa, które cisną mi się na wspomnienie tej sytuacji na usta i uparcie chcą być wyklikane na klawiaturze... w komiksie byłoby to zapewne !!#&%!.
Znosiłam, mniej lub bardziej cierpliwie lata upokorzeń, manipulacji, oszustw i innych podłości z jej strony (o których może kiedyś tu napiszę więcej), ale tutaj przegięła, szantaż względem Mojego Syna to był jej ostatni błąd.
To jakby nagle, w mgnieniu oka zmieniło optykę w jakiej postrzegałam całą sytuację. W jednym momencie przestałam być ofiarą nawiedzonej teściowej a stałam się matką broniącą swojego dziecka przed agresywną wariatką.
Prędzej piekło zamarzanie, niż ta kobieta będzie miała okazję porozmawiać z moim synem.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz